|
sobota, 31 marca 2012
reżyseria: Tarsem Singh scenariusz: Melissa Wallack, Jason Keller zdjęcia: Brendan Galvin obsada: Julia Roberts, Lily Collins, Armie Hammer, Nathan Lane muzyka: Alan Menken ocena: 8/10 Ze starymi bajkami Disneya jest tak, że dla wielu widzów są po prostu kultowe. Kto nie widział „Króla Lwa”, „Małej syrenki” czy „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków? Dla starszych widzów są to animacje nieśmiertelne, dla młodszych powinny być obowiązkowe. Twórcy, którzy chcą odświeżyć historię przedstawioną już przez studio Walta Disneya, muszą zmierzyć się z tradycją i rzeszami fanów. Tarsem Singh po prostu daje radę, bo jego „Królewna śnieżka” jest fajnym obrazem! Indyjski reżyser może zbierać laury, bo nie próbował bezsensownie naśladować animowanego hitu sprzed dziesięcioleci. Jego film to odrębna wizja na miarę naszych czasów, bawi się odniesieniami i popkulturalnymi zapożyczeniami. „Królewna Śnieżka” jest efektowna i wizualnie dopieszczona. A do tego trzyma się baśniowej konwencji. Jak w oryginale braci Grimm, wszystko jest na swoim miejscu. Zła Królowa, której zależy tylko na władzy i urodzie, niewinna Śnieżka, siedmiu butnych krasnoludków. Nie mogło też zabraknąć księcia, bohatersko walczącego o serce pięknej Śnieżki. To tyle, jeśli chodzi o klasyczną baśń. Zła Królowa jest jeszcze szaleńczo napalona na księcia. Tenże ciągle gubi portki, a Śnieżka z nieśmiałej dziewczyny staje się zadziorną wojowniczką o prawa podwładnych. Wszystkich przebijają jednak krasnale, które bardziej przypominają więziennych zakapiorów. Siedmiu krasnali, które wspólny mają tylko wzrost i dom, nadają tej bajce porządnego humorystycznego kopa! Na tej „Królewnie Śnieżce” bawić się będą wszyscy. Dorośli z pewnością zauważą kilka erotycznych aluzji czy nawiązań do wielu obecnych postaw. Bo jak inaczej nazwać prześmiewczą scenę odnowy Złej Królowej. Pszczeli jad powiększa usta, pijawki ujędrniają skórę, a ciało oblane jest mlekiem. Dzieci natomiast poczują magię tego świata, ubawią się, oglądając sprytnych krasnali i walkę księcia o serce Śnieżki. „Królewna Śnieżka” Tarsem Singla to fajna, przyjemna dla całej rodziny baśń. I nawet fani disnejowskiej bajki powinni być zadowoleni. A co na to powie lustereczko?
środa, 28 marca 2012
reżyseria: Gary Ross scenariusz: Gary Ross, Billy Ray, Suzanne Collins zdjęcia: Tom Stern obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Elizabeth Banks, Lenny Kravitz, Stanley Tucci, Donald Sutherland, Toby Jones, Wes Bentley muzyka: James Newton Howard ocena: 8/10 Już w starożytności rzymscy przywódcy doszli do wniosku, że, jeżeli lud jest nieszczęśliwy, to trzeba dać mu chleba i igrzysk. Twórcy „The Hunger Games” tę starą prawdę przywracają na ekrany. Choć rzymskie areny mają się nijak do rozmachu ekipy filmowej, to starożytni i tak wychodzą na igrzyskach lepiej. Niezadowolonych z tej formy rozrywki można było po prostu zabić. Co mają zrobić twórcy, jeżeli po „The Hunger Games” pozostał pewien niedosyt. Nie myślcie jednak, że film jest kiepski. Wręcz przeciwnie, bo to kino wysokiej (wizualnie) klasy. „The Hunger Games” ogląda się naprawdę przyjemnie i można się na nim solidnie wybawić. Ale w tym pięknym widowisku brakuje iskry, która w widzach wznieciłaby podniecenie, dreszcze i ekscytację. Filmowe „The Hunger Games” to adaptacja amerykańskiej pisarki Suzanne Collins o tym samym tytule. Kraj podzielony jest na dystrykty. Co roku, każdy z nich musi wybrać dwójkę reprezentantów (mężczyznę i kobietę), którzy wezmą udział w Głodowych Igrzyskach, organizowanych przez władze kraju. Katniss pochodzi z Dwunastego Dystryktu. Jej siostra została wybrana do wzięcia udziału w Igrzyskach, ale Katniss zgłasza się na ochotnika i ratuje siostrę. Razem z nią będzie walczył Peete. Zasady igrzysk są proste – wygrywa tylko jedna osoba, reszta musi umrzeć. Jak na blockbuster, to „The Hunger Games” są fabularnym majstersztykiem. Trudno się dziwić, skoro literacki odpowiednik przez wiele lat gościł w czołówce zestawienia „New York Times”. Suzanne Collins wie, że obecnie potrzeba czegoś więcej niż tylko chleba i igrzysk. Dlatego jej historię, choć osadzoną w dość fantastycznym świecie, każdy może przełożyć na rzeczywistość polityczną i społeczną. Wojownicy poszczególnych dystryktów, zanim wyjdą na arenę muszą się odpowiednio „sprzedać”, żeby podczas gry móc liczyć na pomoc „sponsorów”. To samo dzieje się w naszym życiu – bez odpowiedniej sprzedaży produktu czy osoby, nie ma co liczyć na sukces. A to nie jedyne odniesienie do rzeczywistości. Gary Ross to uznane nazwisko filmowe. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że reżyser „Niepokonanego Seabiscuita” przygotował wizualnie olśniewające widowisko. Kapitol, arena czy Dwunasty Dystrykt. Ross nie próbuje oszukać widza. Pokazuje świat „Igrzysk” taki, jaki jest: raz brudny i okrutny, a chwilę później olśniewający i pełen przepychu. Momentami nie stroni też od brutalności, na przykład gdy zabija kolejnych zawodników. Ale nie bójmy się, aż tak krwawo nie jest. No i to tempo. Akcja stopniowo rozkręca się i w pewnym momencie nie czujemy nawet, jak szybko ciągnie nas ta historia. Mimo że film trwa prawie dwie i pół godziny. Na ekranie doskonale sprawdzają się młode gwiazdy, wspomagane kilkoma doświadczonymi aktorami. Trio Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson i Liam Hemsworth ma potencjał, żeby zawojować Hollywood. Przyjemnie patrzy się na ich grę. A do tego sprawdzeni Woody Harrelson (w roli mentora Haymitcha), Stanley Tucci (w roli kolorowego prezentera), Donald Sutherland czy Lenny Kravitz. Taka obsada z pewnością powinna wpłynąć na pozytywny odbiór obrazu. Niedosyt, który mogą odczuć widzowie, to zostawienie pewnych kwestii niedopowiedzianych. Chciałbym wiedzieć więcej o sposobach rekrutacji do Igrzysk, o historii Panem czy czegoś więcej o niektórych bohaterach. Gary Ross zostawia za dużo znaków zapytania, co może niektórych zirytować. Lud potrzebuje chleba i igrzysk. Tego na „The Hunger Games” na pewno dostaniecie, ile chcecie. Za kilka minut rozpoczną się prawdziwe Igrzyska. Dżungla, mrok i kilku zawodników, chcących Cię zabić. Co jesteś gotów zrobić, żeby wygrać i przeżyć?
sobota, 28 stycznia 2012
reżyseria: David Fincher zdjęcia: Jeff Cronenweth ocena: 9/10
Jeżeli o „Dziewczynie z tatuażem” miałbym powiedzieć coś w kilku słowach, to z pewnością brzmiałyby tak: „To film mroczny, przerażający, a może nawet z elementami psychozy. A do tego cholernie dobry!”. „Dziewczyna z tatuażem” została zrealizowana na podstawie bestsellerowej książki Stiega Larssona „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Dziennikarz Mikael Blomkvist zostaje oskarżony o zniesławienie. Mikael pozbawiony oszczędności i zraniony wyrokiem sądu postanawia przyjąć nietypowe zlecenie. Henrik Vanger, właściciel koncernu przemysłowego, prosi go o zbadanie sprawy zaginionej w latach 60-tych 16-letniej Harrietty Vanger, siostrzenicy Henrika. Blomkvist podejmuje się trudnego zadania, a z pomocą przychodzi mu uzdolniona hakerka – Lisbeth Salander. Oboje odkryją mroczną i niebezpieczną historię rodziny Vanger. Do„Dziewczyny z tatuażem” określenia takie jak „mroczny” czy „tajemniczy” pasują, ale są one zaledwie małym elementem całej układanki. Nic dziwnego, skoro za całość odpowiada jeden z najbardziej utalentowanych i wizjonerskich reżyserów – David Fincher. Jego wizytówką mogłoby być hasło „robię same dobre filmy”. Fincher udowodnił, że z dobrej historii potrafi zrobić jeszcze lepszy film. Tak było choćby z „The Social Network”, historią Marka Zuckenberga, twórcy Facebooka. Z „Dziewczyną” też tak jest. Reżyser i scenarzyści dali powieści porządnego kopa. I gdyby nie ograniczenia narzucone przez wytwórnię (Fincher musiał skrócić pierwszą wersję o ponad godzinę – red.) zobaczylibyśmy pełną wizję uzdolnionego Finchera. Twórca „Podziemnego kręgu” i „Siedem” stworzył perfekcyjny kryminał. „Dziewczyna z tatuażem” jest jak drapacz chmur – na każdym piętrze czeka nas kolejna wskazówka, kolejny podejrzany. Zanim jednak dojdziemy do ostatniego piętra, musimy przebyć naprawdę długą drogę. Długą, ale nie nudną. Bo choć w filmowych kryminalnych śledztwach łatwo można popaść w znużenie i zniechęcenie, to nie ma prawa tak się dziać, gdy dowodzi Fincher. Jaka jest „Dziewczyna z tatuażem”? Agresywna i brutalna. To nie tylko zasługa genialnej Rooney Mary, ale samej historii. Fincher nie stroni od scen sadystycznych jak zgwałcenie analne dziewczyny czy wsadzanie mężczyźnie w tyłek długiego narzędzia. Trzeba jednak podkreślić, że reżyser starał się jednak być umiarkowany w tym co pokazuje. Na ekranie mogliśmy zobaczyć jeszcze bardziej okropne sceny. Żeby całkowicie zanurzyć się w prowadzonym śledztwie razem z bohaterami przeglądamy tony dokumentów i oglądamy kolejne zdjęcia podejrzanych czy scen morderstw (często bardzo brutalnych). Dzięki temu, sami możemy spróbować ułożyć układankę. Ciekawą pomocą, którą kilka razy już u Davida Finchera widzieliśmy jest odtwarzanie opowiadanej przez bohaterów historii. Atutem „Dziewczyny” jest klimat: szwedzki, mroźny i dosadnie mroczny. Cały czas czujemy tą skandynawską prostotę. Nawet pogoda nie rozpieszcza bohaterów – pada rzęsisty śnieg, a temperatura jest na dużym minusie. To szczegóły, ale są bardzo ważne dla obioru filmu. Te prawie puste pomieszczenia w ośnieżonym i pochmurnym krajobrazie są przerażające. Nie wiadomo, co nas w nich czeka. Czy za kolejnymi drzwiami nie trafimy na salę morderstw? Kto wie? Ale ten klimat to nie tylko zasługa doskonałych zdjęć, bo swoje dorzuca też duet muzyków Trent Rezner i Atticus Ross. Panowie współpracowali już z Fincherem na planie filmu „The Social Network”. I po raz kolejny udowodnili, że potrafią stworzyć ścieżkę charyzmatyczną – spokojną, ale momentami niepokojącą, a nawet krępującą i wprowadzającą w nasz umysł obawy. Trzeba podkreślić, że zupełnie inaczej słucha się muzyki oddzielonej od filmu. OST pasowałby zarówno do scen zbiorowego samobójstwa, jak i do porządnego filmu akcji. Wpływ na sukces filmu „Dziewczyny z tatuażem” mają też aktorzy. Trzeba podkreślić, że przez skrócenie filmu reżyser musiał też zrezygnować właśnie z rozwinięcia swoich bohaterów. Możemy odnieść wrażenie, że brakuje analizy ich trudnego związku, różnicy pokoleń czy erotycznej fascynacji. David Fincher zrobił wszystko, żeby zachować w bohaterach jak najwięcej. Dzięki temu, mamy postacie złożone, a jednocześnie bardzo skromne i po ciężkich przeżyciach. A do tego wkomponowane w mroczny klimat filmu. Daniel Craig, jako dziennikarz, wypada blado. Ale gdy przybywa na tajemniczą wyspę i zaczyna swoje śledztwo, odżywa. Staje się intrygujący. W wielu komentarzach zarzucano, że Craig jest za mało szwedzki i zbyt sensacyjny. I choć w ustach krytyków to było wadą, na ekranie stało się zaletą. Ale największą perłą „Dziewczyny z tatuażem” jest Rooney Mara. Młodziutka aktorka zasłużenie zbiera już laury i kolejne nominacje. Ta ekranizacja Stiega Larssona to jej show. Jej bohaterka – Lisbeth – miała trudne dzieciństwo i życie. Jest agresywna, a nawet brutalna. Przynajmniej to chce pokazać światu, ale kiedy poznaje Mikaela i otwiera się przed nim, poznajemy wtedy zagubioną dziewczynę, wrażliwą i czułą. Rooney Mara doskonale potrafiła pokazać te dwie strony swojej bohaterki. Udowodniła, że mimo młodego wieku jest bardzo odważną aktorką. David Fincher od dawna jest gwarantem dobrych produkcji. Za samym nazwiskiem można w ciemno iść do kina. Teraz jednak buduje się w kinie nowa marka – Rooney Mara. „To film mroczny, przerażający i na skraju psychozy. A do tego cholernie dobry!”. Fincherowi udał się doskonały kryminał, kolejny dobry film. Najlepszy?
"Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami" Oprawa twarda Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Niesamowity duet bawił widzów od wielu lat. Teraz też to robią, ale już nie na scenie, ale słowem pisanym. „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami” to książka pełna wspomnień, ale przede wszystkim z dużą dawką humoru. Chcecie wiedzieć, jak autorzy zostali potraktowani przez sycylijską mafię i na co prawdziwi mężczyźni wydają pieniądze w Acapulco? Tego dowiecie się właśnie w „Podróżach małych i dużych”, bo oprócz tego, że są to wspomnienia to niosą za sobą wielki bagaż doświadczeń Manna i Materny. Ich opowieść jest ciekawa i wesoła. Autorzy podeszli do sprawy bardzo emocjonalnie i w każdej historii czujemy ich emocje. Przeplatają prawdziwie tragiczne wydarzenia z tak komicznymi, że aż absurdalnymi. Tak jest też wtedy, gdy płyną statkiem „Stefan Batory”, a Wojciech Mann nieustannie kopie w łóżko Materny. Za każdym razem Mann tłumaczył mu, że to sztorm. W końcu dowiedział się, że był to żart, ale gdy przyszedł prawdziwy sztorm powiedział tylko „Wojtek, przestań kopać”. Autorzy wszystko ilustrują wspaniałymi zdjęciami. Jest ich naprawdę dużo, dzięki czemu możemy poczuć klimat niektórych miejsc. Książka jest wydana z niezwykłą starannością i zachwyca zarówno treścią, jak i okładką „Podróże małe i duże” są doskonałym lekarstwem na pochmurny nastrój. Recenzja zamieszczona także w serwisie Kultura.wm.pl i wydaniu papierowym "Gazety Olsztyńskiej".
sobota, 15 października 2011
reżyseria: Jerzy Hoffman scenariusz: Jarosław Sokół, Jerzy Hoffman zdjęcia: Sławomir Idziak obsada: Natasza Urbańska, Borys Szyc, Adam Ferency, Daniel Olbrychski, Michał Żebrowski, Bogusław Linda muzyka: Krzesimir Dębski ocena 5,5/10 Jerzy Hoffman wygrał bitwę warszawską, ale do końca wojny jeszcze daleko. Zawdzięcza to fantastycznej pracy Sławomira Idziaka i polskim chłopom. Mistrz Hoffman wziął na warsztat najważniejszą bitwę w historii Polski, a nawet Europy. To jak operacja na żywym organizmie. Niestety zabrakło mu przekonujących argumentów, żeby pokazać, że potrafi doprowadzić operację do końca. „Bitwie Warszawskiej” brakuje przede wszystkim epickości. Nie możemy liczyć na trzymające w napięciu potyczki, dynamiczne obmyślanie taktyk czy niesamowite zwroty akcji. Jest przewidywalnie, sztucznie i drętwo. Jest jak z lekturą szkolną, którą po prostu trzeba przeczytać. Ale czy robi się to z chęcią? Chyba nie. Bohaterom filmowej bitwy brakuje wyrazistości. Najlepiej prezentuje się Adam Ferency, który gra czekistę Bykowskiego. Podczas swojego epizodu daje prawdziwy popis aktorstwa. „To nie zemsta, to sprawiedliwość ludowa jak mówi towarzysz Dzierżyński” - słowa, które wypowiada Ferency powinny wejść w spis kultowych tekstów filmowych. Równie dobrze wygląda Andrzej Strzelecki, który gra premiera Wincentego Witosa. Ale oni grają tylko epizody. Postacie pierwszoplanowe – gen. Piłsudski (Daniel Olbrychski), Ola (Natasza Urbańska) i Jan (Borys Szyc) giną w tle wydarzeń. Piłsudski jest wyjątkowo irytujący i zamiast niezwykłego umysłu taktycznego, możemy oglądać wąsistego palacza, który mówi same mądrości. Jeżeli tak wyglądały przygotowania do prawdziwej bitwy, to pozostaje nam dziękować niebiosom za to zwycięstwo. Losy głównych bohaterów Oli i Jana, choć są przyczynkiem do opowiedzenia całej historii, to zabierają filmowi główne atuty. Brakuje w „Bitwie Warszawskiej” porządnej bitwy. Tu trzeba oddać jednak ukłon Sławomirowi Idziakowi, geniuszowi z Hollywood. Te obrazy, które prezentuje, robią różnice. Dzięki niemu ten film ma do zaoferowania to co niektóre produkcje z USA. Tak jak mówiłem o tekstach Ferencego, tak trzeba pamiętać o zdjęciach Idziaka. Ksiądz padający na ziemię, bitwa na cmentarzu czy strzały z karabinu – kilka scen, a sprawiają, że człowiek drży. Udało się Hoffmanowi pokazać mit chłopa polskiego. Sceny poboru tej warstwy społeczeństwa wyszły bezsprzecznie najlepiej. Trzeba zawsze pamiętać, że chłop karmi i broni. Mówi się o nich często chołota, ale to oni, kiedy jest potrzeba, łapią za broń i walczą za kraj. Pięknie zaprezentował reżyser motyw wiary, która nie opuszcza ojczyzny w potrzebie. Warto o tym pamiętać w dyskusji nad obecnością krzyża w parlamencie. „1920 Bitwa Warszawska” to obowiązkowa lektura dla szkół. Osoby, które pragną ciekawych scen batalistycznych, poznać historię tego wydarzenia i chcą posłuchać podniosłych mów, na pewno też będą zadowolone. A 3D w polskim filmie? Jest ok, ale czy będziemy oglądać je częściej? Wątpię. Sławomirowi Idziakowi chcę przekazać słowa uznania za niespotykane wrażenia estetyczne w polskiej produkcji.
czwartek, 13 października 2011
Transformers: Zemsta Upadłych Transformers: Dark of the Moon reżyseria: Michael Bay zdjęcia: Ben Seresin (II), Mitchell Amundsen (I), Amir M. Mokri (III) obsada: Shia LeBouf, Megan Fox (I-II), Josh Duhamel, John Turturro, Tyrese Gibson, Rosie Huntington-Whiteley (III), Patrick Dempsey (III), John Malkovich (III), Kevin Dunn, Jon Voight (I) muzyka: Steve Jablonsky Jestem fanem Michaela Baya. Dlatego niespecjalnie przekonują mnie zarzuty, że gra pod publikę, że przygotowuje filmowe gnioty z masą efektów. Nie uważam też, że Bay produkuje złe filmy. Nie interesuje mnie też, czy jego kolejny film dostanie „Złotą Malinę” (przeciwność Oscara – red.). Dobry film ma po prostu podobać się widzowi, ale każdy widz inaczej ocenia filmy. Ja w kinie lubię poczuć efekty, być wgniecionym w fotel. Po umysłową rozrywkę sięgam często w zaciszu domowym lub wyjątkowo w sali kinowej. Do kina idę głównie, żeby się dobrze bawić. Tak jest też z całą serią „Transformers”. Już na początku przyznam, że nie są to filmy idealne i dla każdego. Nie ma tu przesadnie ciekawej fabuły, interesujących psychologicznie bohaterów czy nawet specjalnie zawiłych dialogów. Ma być prosto, płynnie i z naciskiem na zabawę. Dziwię się osobom, które idą na filmy pokroju „Transformers”, żeby szukać wysokich wrażeń estetycznych. Cała seria „Transformers” oparta jest na efektach specjalnych. Komputerowo przygotowane roboty robią niesamowite wrażenie. Szczególnie, gdy wyobraźnia jakiegoś geeka (świr – red.) od grafiki poniesie transformersów na budynki jednego z amerykańskich miast. Każda kolejna część filmu to nowe wyposażenie robotów (i tak, deceptikony mają lepsze zabawki!) i jeszcze większa rozwałka. Miasto rozpadające się podczas walki stalowych gigantów, zniszczona piramida i zawalający się wieżowiec to tylko przedsmak wszystkich emocji. Efekty, które przygotowuje zespół specjalistów, po prostu wgniatają w fotel. Mnie to wystarczy, po to przyszedłem do kina. Liczycie na dobrą grę aktorską? Zmieńcie salę, bo choć w „Transformers” grają gwiazdy, to na popisy nie macie co liczyć. Właściwie żaden aktor nie gra głównej roli, bo prym wiodą roboty. Shia LeBeouf jest świetnym, młodym aktorem, ale rozumie, że ten film nie da mu Oscara. Nawet genialny John Torturo czy Jon Voight (w pierwszej części – red.) grają w tym filmie tylko dla kasy. Nawet, jeżeli chcieliby wprowadzić coś ambitnego do swoich postaci, to i tak nie mogą, bo ogranicza ich scenariusz. Ludzie schodzą na drugi plan, kiedy do walki garną się roboty. Można mówić, że filmy Michaela Baya to jedna wielka komercyjna papka. I co z tego? Kto teraz w wielkim kinie nie robi filmów dla kasy? Inna sprawa, kto potrafi widzów sprowadzić do kina. A to Bay umie zrobić. Nie ważne, czy w kolejnym filmie Bay zafunduje mi gniot intelektualny. Jeżeli będą efekty, jeżeli będą roboty, to ja wydam te kilkanaście złotych. Bo w jego przypadku wiem, że zrobi na mnie wrażenie. Będzie wybuchowo i ekstremalnie odjazdowo. Taki już jest Bay. Można go nienawidzić, albo kochać.
środa, 03 sierpnia 2011
reżyseria: Matthew Vaughn scenariusz: Jane Goldman, Ashley Miller zdjęcia: John Mathieson obsada: James McAvoy, Michael Fassbender, Rose Byrne, Jennifer Lawrence, Kevin Bacon, January Jones, Nicholas Hoult, Caleb Landry Jones, muzyka: Henry Jackman ocena: 8/10 Komiksowi herosi jeszcze dziesięć lat temu znaczyli dla mnie bardzo wiele. Co najmniej godzinę dziennie spędzałem na oglądaniu przygód człowieka pająka, Batmana czy Supermana. Najbardziej ciekawiły mnie jednak animowane produkcje o mutantach. Niektóre z nich były płytkie, a niektóre arcyciekawe (no może poniektóre odcinki). Małemu dzieciakowi, jakim byłem, wystarczyło, że postacie o nadprzyrodzonych mocach stworzono z ciekawym pomysłem. Kwestią czasu było, aż ktoś przeniesie ich przygody na wielki kinowy ekran. A to przecież sztuka ekstremalna. Czekałem kilkanaście lat i w końcu jestem zadowolony, bo „X-Men: First Class” to w końcu dobre kino akcji o komiksowych herosach. Bo „przeboje” Bryana Singera mi się po prostu nie podobały. Były mało odkrywcze, a za bardzo efekciarskie. Mutanci mówili o swoich mocach, ale mało je wykorzystywali. Fabuła? No była, ale raczej nieoszałamiająca. A w „First Class” wieje świeżością, choć Matthew Vaughn nie boi się czerpać z filmów swojego poprzednika. Przede wszystkim „X-Men:First Class” robi różnicę, bo po raz pierwszy filmowa adaptacja w sposób jasny stara się wyjaśnić, czym jest mutacja, jaka jest relacja między ludźmi a mutantami. A przecież od tego to wszystko się zaczęło. Vaughn wbrew pozorom miał przed sobą trudne zadanie, bo musiał zmierzyć się z sukcesem wcześniejszych części. A przecież powrót historii kilkadziesiąt lat wstecz mógłby dla wielu widzów wydać się nudny. Matthew Vaughn to przecież nie jest postać anonimowa. To on odpowiada za sukces „Kick Ass” czy „Layer Cake”. Był też producentem w „Przekręcie” Guya Ritchie. Tymi produkcjami udowodnił, że na kinie rozrywkowym się zna i je rozumie. „X-Men: First Class” to dobre kino akcji. Pierwszorzędna rozrywka dla każdego. Starsi fani, którzy pamiętają jeszcze czas komiksów, będą zadowoleni, bo tej wersji jest najbliżej do pierwowzoru. Film jest mądry i ciekawy, ale kiedy trzeba – dynamiczny. Nowych mutantów polubią też młodsi fani nastawieni na efekty. No przyznajmy się szczerze, kogo nie wkręci w fotel grad lecących kul armatnich i rakiet. A to wszystko zasługa scenarzystów, którzy z pomysłem podeszli do historii. Zaczyna się od ujawnienia mocy Erica Lenschera, czyli Magneto. Potem trochę o Charlesie Xavierze i ich przyjaźni. A na koniec to, co dla widza najważniejsze – etiuda, która wprowadza w dalsze części przygód X-Menów. W całym filmie jest tylko jedna rzecz, która naprawdę mnie drażni. Jest to brak jednej, dłuższej sceny, w której ściera się Profesor X i Magneto. Mogłaby to być walka pomiędzy ich sprzymierzeńcami lub dynamiczne słowne starcie. Jest co prawda kilka ciekawych dyskusji, efektownych sekwencji, ale to nie zaspokoiło moich oczekiwań. Nie byłoby sukcesu, gdyby nie pierwszorzędne aktorstwo. Choć widzowie mogli przyzwyczaić się do aktorów z poprzednich części, to tymi na pewno się nie zawiodą. James McAvoy na ekranie jest opanowany. Zachowuje się i wygląda tak, jakby naprawdę miał nadprzyrodzone umiejętności. Ale nie można zapomnieć o Michaelu Fassbenderze. Patrząc na jego grę, rozumiemy emocje, jakie nim targają i decyzje, które podejmuje. W ogóle w tym filmie nie ma dobrych i złych. Vaughn daje widzowi wybór, komu chce uwierzyć i jaką chce wybrać drogę. Pokazuje wątpliwości. Ale sam nie ocenia. W tle gra jeszcze kilka postaci. Bez wyjątku, obojętnie kogo wymienimy, to trzeba w tym opisie użyć takich słów, jak: świetne, obiecujące, przyjemne. Bo film skupia się na psychologii postaci, na indywidualnościach, a nie na zbiorowości i anonimowości postaci. „X-Men: First Class” to w całej serii o mutantach produkcja najlepsza. Jest przyjemna dla oka i ciekawa w odbiorze. Zadbano o szerokie grono odbiorców. Ale Vaughn oprócz dobrego wyniku finansowego osiągnął coś jeszcze. Teraz, można być pewnym, że na kolejny film o X-Menach przyjdzie więcej widzów. I znowu zostanie pobity jakiś rekord…
niedziela, 17 lipca 2011
Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 2 (2011) reżyseria: David Yates scenariusz: Steve Kloves zdjęcia: Eduardo Serra obsada: Daniel Radcliffe, Rupert Grint, Emma Watson, Helena Bonham Carter, Alan Rickman, Robbie Coltrane, Ralph Fiennes, Michael Gambon, John Hurt, Maggie Smith, Tom Felton, Ciaran Hinds, Matthew Lewis muzyka: Alexander Desplat ocena: 7/10 Kończy się pewien etap w życiu kilku milionów ludzi na całym świecie. Etap magicznych zaklęć, wyścigów na miotłach i mrocznych sekretów. „Insygnia śmierci” to ostatni filmowy urok, jaki rzesza mających wkład w produkcję ludzi, rzuciła na widzów. Po ponad dziesięcioletniej filmowej podróży z Danielem, Rupertem, Emmą (i grupą innych mniej lub bardziej lubianych postaci) ciężko jest ocenić ostatnią część magicznej wędrówki. Po ostatnim seansie pozostaje jedynie pustka. Pustka spowodowana zarówno końcem fantastycznej przygody jak i niedoskonałościami reżyserskimi. „Harry Potter i Insygnia Śmierci: część2”to film przeciętnie dobry. Mugol oceniłby go jeszcze gorzej. A przecież dla potteromaniaków powinna być to filmowa uczta. Pustką, którą odczułem, mogę obciążyć tylko producentów, którzy zrezygnowali z przemyślanej i widowiskowej historii na rzecz tylko widowiskowej papki. „Insygniów śmierci” nie odczuwa się jak finalnej części historii, a raczej jak wyjętą ze środka scenę. Siódma część „Harry Pottera” pozostanie dla widza obojętna. Nie ma w niej indywidualności, a jest zbiorowość emocji. Niech widz się zatka tym wszystkim i nie marudzi. A szkoda, bo po sentymentalnym wspomnieniu całej historii, oczekuje się pięknego zakończenia. Fabuły ostatniej części zdradzać nie trzeba. Ale wyjaśniając David Yates (reżyser) w pierwszej części skupił się na wyjaśnieniu tajemnicy horcrusów i emocjach przyjaciół w tych ostatnich dniach. Druga część to typowa jatka. Od momentu, kiedy Harry wraca w mury swojej szkoły wszystko nabiera rozpędu. Może w tym szaleństwie jest reguła, ale ja jej nie widzę. Yates zostawił emocje bohaterów w produkcji sprzed roku. W tej odrzuca na bok problemy bohaterów, a uwagę widza stara się skierować na widowiskową obronę Hogwartu. Sceny miłosne i pseudo dramatyczne są płytkie. Czego potrzeba Hermionie i Ronowi do całowania? Tylko kła bazyliszka i złowrogiej atmosfery dookoła. Przeżycia, emocje? Wiadomo, że są, ale tak naprawdę ich nie czuć. Najlepiej pod tym względem wypadają bohaterzy poboczni. To właśnie wspomnienia Snape`a są jednym z kilku najciekawszych elementów tej części filmu. Są wzruszające, a przede wszystkim uzupełniające fabułę. Dużo wnoszą i nie są zrobione po łebkach. Innym, podobnym elementem jest spotkanie się Harry`ego z jego najbliższymi. Choć wielu mogłoby zarzucić Yatesowi, że mógłby to zrobić lepiej (np. Harry idąc po kolei spotyka bliskich), ale ja to i tak kupuję. To chyba jedyna sekwencja filmu, w której można znaleźć sens i poczuć klimat chwili. - Jestem gotowy na śmierć – mówi Harry. Ale zdaje się, że chodzi mu o koniec całej histori.. W całym filmie brakuje podniosłej atmosfery. Nie ma w nim patosu. A o to przecież chodzi. W świecie magii dzieje się coś wielkiego. Śmierć Harry`ego, śmierć Voldemorta. Obrona Hogwartu. To wszystko wymaga emocji. Powinny być dumne odezwy do walczących, okrzyki o miłości i honorze. Tymczasem do walki o patos filmu, twórcy rzucają, zgnębionego już Nevilla (który zresztą cały czas ratował film). Ale niestety, nawet on nie potrafił nadać konkretnej chwili emocji. Co z tego, że Harry umarł, skoro nikt nawet za nim nie zapłakał? Jasne, efekty specjalne robią wrażenie, a momentami zaskakują. Ale to powinna być tylko otoczka. A w „Insygniach” jest to główna linia filmu. Nie warto się zastanawiać nad ilością wątków pobocznych, bo ich nie ma. Można za to policzyć ilość efekciarskich zagrywek na minutę. I w końcu trzeba powiedzieć dość. Gdzie są pojedynki na śmierć i życie? Gdzie śmiercionośne zaklęcia, które próbują dosięgnąć obrońców Hogwartu? Nie wiem, dlaczego Yates nie poszedł w tą stronę. Przecież to daje możliwość rozwinięcia psychologii postaci, jak i efekciarskich wybryków. Chciałbym zobaczyć, jak giną Tonks i Lupin, albo jak Ron i Hermiona walczą za siebie, bo się kochają. Molly Weasley walczy za swoją córkę, a cała jej rodzina przygląda się jej, jakby dopingowała szachistę. W całym filmie cały czas czegoś brakuje. Brakuje nawet w walce wieczoru, między Lordem Voldemortem a Harry`m Potterem. Chwila, na którą widzowie czekali przez dziesięć lat, trwa zaledwie kilka minut i opiera się na rzuceniu dwóch uroków. To przecież nuda. Jasne, przecież w książce też nie było to rozwinięte. Ale to jest film, który stwarza twórcom tak wiele możliwości. Czy ostateczna scena powinna wgnieść w fotel? Czy powinna to zrobić scena rzucania czarów ochronnych i ataku śmierciożerców na Hogwart? Zdecydowanie to pierwsze. A jest odwrotnie. Rozdzielenie ostatniej części książki było doskonałą decyzją. Pierwsza część była momentami nużąca, ale wyjaśniała wszystkie istotne elementy finału. Na koniec zostawiono tylko kilka naprawdę ważnych elementów, no i potencjał na wielką bitwę. James Cameron w „Avatarze” potrafił doprowadzić do wielkiej potyczki z mnóstwem efektów. Michael Bay potrafi w swoich finałowych walkach niszczyć całe miasta. Yates tego nie potrafi, choć gra toczy się o szkołę, a nie o miasto. Nie wiem, za co mieć większe pretensje do reżysera. Czy za to, że całkowicie pokpił psychologię bohaterów, czy po macoszemu dobrał się do efektów? A przecież ten film miał ogromny potencjał. Trup w Hogwarcie ściele się gęsto. W walce o szkołę, często zobaczymy czyjeś zwłoki. Ale choć zobaczymy ciało, czasem je nawet rozpoznamy, to nie mamy co liczyć na głębszą refleksję. Remus Lupin to najsympatyczniejsza postać całej powieści. Przez kilka części był jednym z głównych bohaterów. A w finałowej rozgrywce poświęcono mu tylko kilka sekund. Ginie, ale nikt nawet za nim nie zapłacze. U Yates`a nie ma miejsca na sentymenty. A przecież trochę archiwalnych zdjęć nikomu nie zaszkodziłoby. Reżyser spłyca jak może postacie. Kulminacją tego są finałowe sceny, na zrujnowanym moście i stacji Kings Cross. Niby znamy tych bohaterów, ale wyglądają, jakby wyczekiwali na koniec. Czy zmęczyła ich ta dziesięcioletnia podróż? Bo z aktorami to jest dziwna sprawa. Pamiętacie Chłopca, który przeżył? Malucha z błyskawicą na czole, który dziesięć lat temu wkraczał do tajemniczego Hogwartu? Tak, to ten sam Harry, którego widzimy w „Insygniach Śmierci”. Oprócz dodatkowych kilkudziesięciu centymetrów wzrostu i zarostu, to jest ten sam chłopiec. Nadal jest naiwny i cały czas towarzyszą mu, równie naiwni, przyjaciele. Słynna trójka nigdy na ekranie nie błyszczała. W „Insygniach śmierci” wcale nie jest lepiej. Za to pierwsze skrzypce grają postacie poboczne. Neville, który już nie jest pulchniutkim chłoptasiem, robi wrażenie swoją odwagą i pewnością siebie. Alan Rickman, choć gra tylko chwilę, to wydaje się najciekawszą postacią w całej historii. Równie dobrze wypada Ralph Fiennes, czyli Voldemort. Przez cały czas jest straszny. Najlepszą, choć równie krótko, gra aktorka McGonaggal. Jest zdecydowana i zabawna. Niestety, ale w tłumie ginie kilka innych postaci. Jedną z nich jest Helena Bonham Carter. Aktorka wprowadziła do filmu wiele świeżości. Książkowa Bellatrix Lastrange mogłaby się schować przy tej filmowej. Sadystka Lastrange jest jednak zrzucona na dalszy plan. Nie ma miejsca na jej wybryki. Ostatecznie brakuje jej ciętego języka i mrocznych zaklęć. Co z tego, że zagrała Hermionę? W tłumie ginie także Aberfoth Dumbledore. W książce jego postać została zgrabnie przedstawiona. W filmie totalnie olana. Plusem filmowej ekranizacji jest z całą pewnością humor. Czasami wprowadzono go niezdarnie, ale przeważnie z pozytywnym skutkiem. Szczególnie, że dowcipnymi wstawkami rzucają bohaterowie poboczni, a nie święta trójca serii. Ta zresztą jest potwornie drętwa i trudno odczuć, że nadal są ze sobą połączeni wielką przyjaźnią. Chyba najlepiej na tym polu wypada Neville i McGonaggal. Oczywiście można zarzucić twórcom, że elementy humorystyczne wplatają w poważną i teoretycznie dramatyczną historie. Momentami to wygląda jak farsa, ale przy tych wielu błędach to jest do zaakceptowania. Chwila oddechu, każdemu się przyda, a takie sceny to i tak rzadkość.. Gdyby twórca odpuścił trochę humoru i znalazł miejsce na dramatyczną walkę o przetrwanie, byłoby lepiej. Ale ten film ma też kilka innych plusów. Choć Alexander Desplat nie jest moim ulubionym kompozytorem to z obu części wykrzesał tyle ile się da. Czasami gubi klimat, ale mimo to trzyma poziom. Kilka kawałków ze ścieżki dźwiękowej jest naprawdę fajnych i można ich słuchać poza filmem. Nie zapomina tez o klasycznym themie, który wplata w utwory. Gdzie jednak tkwi problem „Insygniów śmierci”? Ja, jak i pewnie wielu innych recenzentów, widzę go w Davidzie Yatesie. Taki nadmiar materiału i widowiskowości musiał go odstraszyć. No i ciążyło na nim to, że zawsze będzie porównany do powieści J. K. Rowling. Widać, że film robił ze zbyt dużym respektem. Nie wszedł całym sobą w świat magii, nie poczuł go. A przez to nie potrafił zobrazować emocji, psychologii i prawdziwej magicznej bitwy. Przez to film jest płytki i mało dynamiczny. Nie ma indywidualności, jest tylko zbiorowość. Teza? Niech widz to kupi i się odczepi. A przecież to nie o to chodzi. Najważniejsza jest magia.
czwartek, 27 stycznia 2011
reżyseria: Tom Hooper scenariusz: David Seidler zdjęcia: Danny Cohen obsada: Colin Firth, Geoffrey Rush, Helena Bonham Carter, Michael Gambon, Guy Pearce, Timothy Spall muzyka: Alexandre Desplat ocena: 9/10 Co trzeba zrobić, aby zdobyć serce widza? Czy tak, jak to zrobił Christopher Nolan w „Incepcji”, trzeba efektami specjalnymi wgnieść w fotel? Czy może tak, jak to zrobił Darren Aronofsky w „Czarnym Łabędziu”, pokazując publice film obłędnie wielogatunkowy? Jednego przepisu na zdobycie uwielbienia widza nie ma. Każdy twórca ma swoją metodę, która przyniesie mu chwałę. Tom Hooper jest dla wielu amatorów kina osobą tajemniczą, wręcz obcą. Mimo to znalazł swój przepis na doskonałość i od lat udowadnia, że to, co on stworzy, jest naprawdę warte obejrzenia. Tak jest też z filmem „Jak zostać królem”.
Jerzy VI to jedna z barwniejszych postaci w historii brytyjskiej monarchii. Po śmierci króla Jerzego V (Michael Gambon) i abdykacji Edwarda VIII (Guy Pearce) książę Albert musi objąć tron Wielkiej Brytanii. Książę niestety ma pewien problem, który nie czyni z niego idealnego monarchy – jąkanie. Elżbieta, żona Alberta, postanawia ze wszystkich sił pomóc mężowi. Zatrudniają i sprawdzają kolejnych lekarzy, ale żaden nie potrafi pomóc przyszłemu królowi. W chwili gdy Albert rezygnuje z kolejnych prób leczenia, Elżbieta poznaje jedyną osobę, która może pomóc monarsze. Tą osobą jest Lionel Logue – australijski specjalista od wymowy. Lionel ma przed sobą ciężkie zadanie, bo król nie ułatwia mu pracy nad swoją wymową. Sytuacji nie poprawia hitlerowska ekspansja. Lekarz nie tylko musi poprawić wymowę świeżo korowanego króla, ale także musi stawić z nim czoła zbliżającej się wojnie. Dwaj przyjaciele muszą odnaleźć własny głos, który wpłynie na losy świata i tej wspaniałej przyjaźni.
„Jak zostać królem” to bardzo fascynująca opowieść o życiu, a właściwie części życia króla Jerzego VI. To historia, która pokazuje przemianę monarchy i to, jak znalazł swój własny głos. W skrócie to lekcja „Jak zostać królem”. Obraz Toma Hoopera nie bez powodu otrzymał aż 12 nominacji do Oscara, wiele festiwalowych nagród i nominacji. Przepis, którego użył reżyser jest bardzo prosty, ale za to jak skuteczny. Jest dowcipnie i sympatycznie.
Hooper pokazuje w swoim dziele siłę przyjaźni i lojalności oraz prawdziwej historycznej przemiany. Filmowe wydarzenia działy się naprawdę. Książę Albert, przez przyjaciół nazywany Bertie, jest drugi w kolejności do tronu Wielkiej Brytanii. Jego brat David wydaje się być bardziej przejęty swoją kochanką niż rolą przywódcy narodu. Na tronie zasiąść musi Albert, który nie czuje, żeby był odpowiednią osobą do sprawowania tej funkcji. To, czego musi się nauczyć, to nie tylko poprawna wymowa, ale także wiara w swoje siły. Jego nauczyciel lub lekarz, jak sam woli mówić, ma dość niekonwencjonalne metody. Przede wszystkim za nic ma królewskie konwenanse i na samym początku komunikuje królowi, że to jest „mój zamek i moje zasady”. Lionel i Bertie (król Jerzy VI) muszą stoczyć prawdziwą batalię, aby ich przyjaźń się utrwaliła. Nauka wymowy jest tylko pretekstem dla zbudowania przyjaźni i zyskania zaufania. Dla Bertiego jest to też szansa na znalezienie w sobie cech prawdziwego monarchy.
Główną podporą produkcji są bohaterowie i ich relacje, jakie między nimi zachodzą. To one sprawiają, że widzowi trudno będzie usiedzieć w fotelu bez odrobiny szczerego uśmiechu. Każdy z bohaterów wnosi do tego duetu coś naprawdę interesującego. Lionel ze swoimi metodami oraz pewnością siebie jest totalnym przeciwieństwem swojego pacjenta. Albert jest cichy i bardzo wrażliwy. To, co czyni go jednak bardzo wyjątkowym to umiejętność śmiania się z samego siebie. Nietuzinkowy lekarz zauważa tę cechę i dzięki temu potrafi uzdrowić przyszłego króla. David Seidler musiał wyczyniać cuda, aby dialogi w filmie, a szczególnie te między Albertem i Lionelem, uzyskały tak wspaniały końcowy efekt. Jest trochę dowcipnie, ale momentami też wulgarnie. Jeszcze jako książę, a potem już jako król, Albert wielokrotnie wykrzykuje „kurwa” lub „jebać to”. Nie zmienia to jednak odbioru postaci, która od początku do końca jest zbudowana z autoironicznych postaw z lekką domieszką królewskiej powagi.
Trzeba jeszcze pamiętać o tle historycznym. Seidler, scenarzysta „Jak zostać królem”, nie tylko pokazuje wycinek biografii brytyjskiego monarchy. Idzie dalej i pokazuje procesy, które trzeba przebyć, aby zostać monarchą. Nie wchodzi co prawda z butami w życie królewskiej rodziny, ale dyskretnie, jak cichy obserwator, pokazuje różne wydarzenia z życia króla – problemy rodzinne czy koronowanie. Biografia władcy nie jest tu jednak tak ważna. O jego życiu możemy wyczytać w Internecie. W „Jak zostać królem” dostajemy o wiele więcej, czyli psychologiczną analizę przyszłego króla. Przez cały film czujemy do niego szczerą sympatię. Nie dlatego, że się jąka, ale dlatego, że jest naturalny. Do bólu szczery w swoich zachowaniach. I tu przechodzimy dalej – do obsady.
To kolejny mocny punkt tego filmu. Colin Firth wydaje się być jedynym możliwym wyborem do roli króla Jerzego VI. Od lat uważany jest za najlepszego brytyjskiego aktora. W swoich rolach jest dojrzały i bardzo przekonywający. Tak samo jest w produkcji Hoopera. Firth jest do bólu szczery w tym, co robi. Gdy trzeba, jest poirytowany i rzuca wulgaryzmami jak współczesna młodzież. Z drugiej strony widać w nim królewską godność i powagę. Dwie różne kreacje, ale to nic, bo za chwilę Firth znowu będzie poirytowanym mężczyzną, który kpi z siebie. To nie przypadek, że aktor otrzymał Złotego Globa i nominację do Oscara. Może warto jednak iść dalej i zastanowić się, czy Firth nie ma w sobie nic z lorda. Czy warto go tak uhonorować? Geoffrey Rush, grający Lionela, również prezentuje się doskonale. W pełnej powagi mimice kryje ogromne pokłady radości, którymi chętnie się dzieli. Lekki uśmieszek dodaje mu subtelności podczas ekranowych igraszek z królem. Ze swoim filmowym pacjentem prowadzi wręcz wojnę. Od tego, czy ją wygra, zależy powodzenie jego leczenia. Duet Rush – Firth po prostu wymiata. Mało brakowało, a zapomniałbym wspomnieć o kobiecie, która uzupełnia fantastyczny duet. Helena Bonham Carter wcieliła się w Elżbietę, żonę księcia Alberta. Jest dumna, ma swój temperament i wyczucie. Przy tym, z największym oddaniem, wspiera swojego męża i stara się mu pomóc. Nie jest jednak wyniosła, a ciepła. Jak ukochana matka, jak prawdziwa królowa Elżbieta – zwana przecież Królową-matką.
Nie byłoby tak udanych postaci, gdyby nie to, w jaki sposób Hooper nakręcił ten film. Kamera jest blisko postaci, czujemy ich problemy. Hooper upodobał sobie plan pół-pełny i przez większość filmu skupia się tylko na tej formie rejestrowania obrazu. Płaczący Firth jest bardziej prawdziwy i naturalny. W podobnym tonie reżyser wykorzystuje doskonałe kadrowanie. Aby powiększyć wagę sytuacji, pozwala sobie na wypełnienie kadru całą postacią. Jednak, gdy trzeba oddać psychologię bohatera lub klimat sceny, stawia bohatera z boku. Hooper bawi się kamerą, próbuje różnych rzeczy. Doskonałym tego przykładem jest najazd i odjazd oraz travelling. Twórca ma talent do wydobywania z filmu tego, czego oczekuje. We wspaniały sposób oddał psychologię, ale nie tylko postaci, także otoczenia oraz historii.
Słucham cały czas kilku kawałków z ścieżki dźwiękowej filmu i zastanawiam się, jak ją ocenić. W filmie była ona bardzo przyjemna dla ucha, równa i...chyba tyle. Brakowało jej momentu, w którym by zaskoczyła. I to samo dzieje się, gdy słucha się jej poza dziełem. „King's speech” jest ciekawe, tak samo jak reszta kawałków. Niestety im dłużej słucha się tych kawałków, tym szybciej dochodzi się do wniosku, że większość z nich jest podobna. OST jest jak książę Albert. Na początku delikatna, wrażliwa. Niestety, gdy w księciu zachodzi przemiana, w muzyce nie. I jest to spory minus dla kompozytora. Alexandre Desplat skomponował muzykę poprawną i interesującą, ale nie pochłaniającą widza, nie rozkładającą go na łopatki.
Trudno podsumować w kilku zdaniach film „Jak zostać królem”. Równie trudno stwierdzić, co w tej historii jest lepsze – czy pokazanie prawdziwej przyjaźni ponad podziałami, czy może historii, która znacząco wpłynęła na losy Europy, a może przemiany człowieka, tego, jak w jednej z chwili z jąkały można stać się przywódcą, który natchnie cały naród. Niezależnie od tego, co Hooper chciał pokazać widzom, zrobił to doskonale. Popisowe aktorstwo, rozbrajający montaż i interesująca lekcja. Obowiązkowa pozycja dla każdego kinomana.
sobota, 15 stycznia 2011
reżyseria: Zack Snyder scenariusz: John Orloff obsada: Jim Sturgess, Hugo Weaving, Geoffrey Rush, Helen Mirren, Sam Neill, David Wenham, Ryan Kwanten muzyka: David Hirschfelder ocena: 8/10 Wystarczył widowiskowy film o spartańskich wojownikach i amerykańskich superbohaterach, aby Zack Snyder został okrzyknięty reżyserem – wizjonerem. Oczarował miliony widzów oraz wielu krytyków. Nęcił bardzo bogatymi obrazami, zaskakiwał pomysłami i odwagą. Mnie, niestety, magia Snydera wtedy nie oczarowała. Dla wielu nadal był tylko twórcą reklam, a nie pełnometrażowych wysokobudżetowych produkcji. „300” było, moim zdaniem, tylko udanym wypadkiem przy pracy. „Watchmeni” utwierdzili mnie tylko w tym przekonaniu. Film przemknął obok, a z całego seansu został mi tylko potworny ból głowy. Snyder żadnym wizjonerem nie jest – myślałem. Nie będę się krył do końca notki. Snyder jest wizjonerem, jest młodym, rozwijającym się i utalentowanym reżyserem. Co więcej, bez żadnych oporów stawiam go w gronie najlepszych reżyserów świata. Utwierdziła mnie w tym animacja twórcy „300” - „Legendy sowiego królestwa”. Soren jest jeszcze młodą sową. Uwielbia słuchać opowieści o Strażnikach Ga'Hoole, którzy stoczyli straszliwą wojnę w obronie całego gatunku sów. W domowym zaciszu, wraz z rodzeństwem, często inscenizuje takie potyczki. Marzy, aby pewnego dnia dołączyć do mitycznych wojowników. Kludd, starszy brat Sorena, traktuje te opowieści z przymrużeniem oka. W końcu jednak i on musi uwierzyć, gdyż bracia zostają porwani przez złe sowy, które znali z opowieści. Jedyną nadzieją na ocalenie królestwa sów i rodziny jest odnalezienie Wielkiego Drzewa, domu legendarnych Strażników Ga'Hoole. Dla Snydera „Legendy” są animacyjnym debiutem. Reżyser opiera swoją produkcję na popularnych książkach Kathryn Lasky noszących tytuł „Guardians of Ga’Hoole”. Najważniejszy w filmie jest jednak znany i popularny motyw walki dobra ze złem. Ta historia nie jest jednak jak inne, bo małe i odważne płomykówki polubią zarówno najmłodsi widzowie jak i starsi kinomani. Ci drudzy znajdą w sowim królestwie wiele zapożyczeń z popkulturowych symboli. Jest tu miejsce dla biblijnej opowieści o Kainie i Ablu i motywów wprost z galaktyki „Gwiezdnych wojen”. Sowi wojownicy mogą przypominać widzom zakon templariuszy. Pogłębia to jeszcze klimat animacji. Snyder bawi się popkulturą. Bawi się całym filmem. Kieruje swoją animację do dzieci, ale jednocześnie umieszcza w niej tyle mroku, zła (bratobójcza walka), że najmłodsi mogą wyjść z seansu przerażone. Z drugiej strony, celuje w starszych widzów, którzy momentami, mogą nie wytrzymać rozmarzonych paplanin Sorena. Snyder, co pokazał już w poprzednich filmach, dba o efekciarstwo swoich filmów. Sowy lecące nad morzem, strażnik przebijający falę czy finalna bitwa. Wszystko dopracowane co do szczegółu. Zadbano o każdy detal. Jest efektownie i efekciarsko. Tak być powinno. Reżyser, w przerwach między brawurowymi scenami, stara się jeszcze zafundować widzowi krajobraz, urzekający swoją urodą. I trzeba mu przyznać, królestwo małych sówek jest cudowne. Zadbano o każdy kształt, każdą powierzchnię, światło, cień. Na dużym ekranie można po raz pierwszy zobaczyć tak dużą paletę barw. I to, co dla Snydera jest ważne – spowolnienia. To, co udało się w „300”, daje także niezły efekt w „Legendach”. Ba, jeśli jeszcze spowolnić szybującą sowę, to można wtedy podkreślić jej wygląd, dostojność. Rzucić na pierwszy plan to, z jaką gracją się porusza. W całym tym technicznym harmidrze giną jednak postacie. Soren, jakim by nie był marzycielem, jest potwornie nudny. Oprócz Ezylryba, ciężko znaleźć innego bohatera, którego dałoby się od razu polubić. Jasne, można podziwiać ich urodę, ale nie charakter. Snyder skrócił małe sowy o ich psychologię. Można jednak wybaczyć reżyserowi ten zabieg. Kto chce poznać sowy, może sięgnąć po książkowy pierwowzór. Zack Snyder nie robi filmów idealnych. Jest w nich dużo błędów, zmarginalizowanie postaci, wszechobecny patos i bardzo prosta nić fabularna. Ze Snyderem jest jednak tak, że nie można go polubić, żeby w przyszłości naprawdę docenić jego talent. Widz wchodzący na salę kinową, na film Snydera, ma pewność, że czeka go tylko i wyłącznie dobra zabawa. A o to w tym wszystkim chodzi, prawda?
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Filmowe
Kultura
Spis filmów
Tagi
|